wtorek, 11 lutego 2014

Moja terapia...

Na terapię udałem się, bo musiałem. Każdy kto tam trafia musi, nawet jeśli twierdzi, że jedynie chce. Oczywiście różne są powody. Niektórzy otrzymują nakaz sądowy i stawiają się w wyznaczonym terminie. Inni się nie stawiają i doprowadza ich policja. Są osoby, które straciły wszystko i terapia jest ich kołem ratunkowym. Pewnym ludziom szwankuje zdrowie, innych zmusza sytuacja rodzinna, itd. Powodów jest niemal tak wiele, jak samych pacjentów. Ja osobiście postanowiłem, że w końcu chcę żyć normalnie, a nie podnosić się i upadać w nieskończoność. Skoro dane mnie jeszcze trochę pożyć na tym świecie, to chcę coś z niego mieć, pooddychać. Wszelkie dotychczasowe, samodzielne próby radzenia sobie z nałogiem spełzały na niczym, dlatego postanowiłem poprosić o pomoc profesjonalistów. Do podjęcia leczenia zmusiła mnie moja bezsilność.
Na początek udałem się do Opieki Społecznej, gdzie odbywają się również konsultacje dla osób uzależnionych. Tam porozmawiałem z panią terapeutką, która bardzo ucieszyła się z mojej decyzji i zaproponowała pobyt na Oddziale Leczenia Uzależnień w Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Gnieźnie. Wstępny termin ustaliliśmy na 27 listopada, ponieważ miałem jeszcze nogę w gipsie i najpierw musiałem się go pozbyć. Gdy już tego dokonałem udało się przyspieszyć termin aż o dwadzieścia dni. Tym oto sposobem już siódmego listopada znalazłem się na oddziale piątym. Oprócz niego jest jeszcze drugi, o numerze siedemnaście. Ponadto na oddziale 17a odbywa się terapia dzienna, otwarta. Na terenie szpitala znajduje się również oddział detoksykacji, lecz ja nie miałem tej wątpliwej przyjemności, by go odwiedzić.

Jak to było dnia pierwszego (i nie tylko) dowiecie się, Szanowni Telewidzowie, już wkrótce zaglądając do działu 'terapia'. Tak się bowiem złożyło, że przez cały pobyt robiłem sobie krótkie notatki w zeszycie. W sumie przebywałem tam przez równe dziewięć tygodni (od 7.11.2013 do 8.01.2014). Sześćdziesiąt trzy dni ciężkiej pracy nad własną tożsamością, moją tożsamością, tożsamością alkoholika. Przeżyłem tam wiele różnych chwil, z których większość zmuszała mnie do intensywnego myślenia nad własnym życiem. Nie było to ani łatwe, ani przyjemne. Taka praca wymaga poświęceń, bólu, potu i łez. Dopiero wtedy może pojawić się nadzieja na lepsze życie.

Z perspektywy czasu stwierdzam, że warunek, by cała akcja zakończyła się jako takim powodzeniem jest jeden. Pozornie prosty -pacjent musi tego chcieć. Ja bardzo chciałem, dlatego starałem się myśleć konstruktywnie, w miarę możliwości trzeźwo, przyjmować, to co mówią inni, nie buntować się i nie walczyć z systemem. Nie powiem, że udało się od razu, ale ponoć zmiany było widać, powoli nastawały. Ja w pewnym momencie poddałem się terapii i zasadom panującym na oddziale. Doszedłem do wniosku, iż do tej pory, w mym życiu, zdeptałem już wystarczającą ilość wszelkich norm, złamałem wystarczająco wiele zakazów, uczyniłem dosyć zła sobie i innym oraz zbuntowałem się przeciw wszystkiemu tyle razy, że więcej już nie chcę. Do tego dołączyłem szczerość i otwartość, schowałem w kieszeń "dumę" i zacząłem pokornie przyjmować to, co myślą o moim alkoholizmie inni. Jedną z największych prac, jakie wykonałem na terapii, to to, że zacząłem nie tyle słuchać, co słyszeć. Słyszeć i myśleć o tym, co zasłyszane.

Jak już wspomniałem, zmiany nie nastąpiły od razu. Wymagały one chęci, czasu, pracy i setek godzin myślenia. Część tych zmian, jakie we mnie zaszły widzę osobiście. Resztę widzą inni, o czym przekonałem się już nieraz. Mam świadomość tego, że na razie zrobiłem dopiero pierwszy, mały krok. Wiem jednak, że chcę stawiać kolejne. Mam na to szansę, bo chcę. JA CHCĘ. Bez tego nic by się nie zmieniło.

Na koniec drobna uwaga dla niewtajemniczonych, lub naiwnych. Terapia nie daje żadnej gwarancji. Ona zapewnia profesjonalną opiekę ludzi, którzy starali się mnie i innym pomóc. Dostaliśmy na niej podstawową wiedzę, którą i tak uważam za ogromną. Otrzymaliśmy odpowiednie wskazówki i narzędzia. To, czy z tego wszystkiego skorzystamy, zależy wyłącznie od nas samych. Nieraz słyszałem wypowiedzi, w stylu "poprzednia terapia mi nie pomogła". To nie tak. Mnie terapia bardzo pomogła, ale by dążyć do celu musiałem najpierw zacząć więcej dostrzegać i podjąć pracę, a teraz muszę pamiętać czego się nauczyłem i dbać o siebie. Jeśli komuś nie udało się po pierwszej, czy kolejnej terapii, to znaczy jedynie, że jeszcze nie był na nią gotów. Dał zbyt mało od siebie. Możliwe, że na kolejną spojrzy w inny sposób. Zacząć trzeba od własnego "ja". Żaden psycholog, terapeuta ani inny profesjonalista, żadna grupa wsparcia, Anonimowi Alkoholicy, rodzina czy przyjaciele, nie są w stanie pomóc komuś, kto sam tego nie będzie chciał. Tak naprawdę ja i każdy inny alkoholik musi zapragnąć trzeźwości, by móc poznać jej smak. Innego początku ta droga nie ma. Dopiero, gdy osiągnąłem ów początek, to z pomocą wyżej wymienionych osób, mam szansę trzeźwieć...
texte et photo par Raphaël

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz